poniedziałek, 17 czerwca 2013

Każdy dzień w raju...

... przypomina o tym, że piekło istnieje.


Przy okazji niekończących się porządków odnalazłam kilka skarbów - między innymi Stację Hawksbilla, wydartą kiedyś z czasopisma Sfinks.

Czasem lepiej kupić pasztet niż gonić za białym królikiem. 
Cokolwiek to znaczy w odniesieniu do mojego życia.

Wczorajszy dzień był dniem DOBRYM od A do Z. Najpierw zakupy - buty dla '74 i nici dla mnie, potem zakupy w Tesco i fantastyczny wieczór przy piwie, winie, filmach(RejsThe World's Fastest Indian) i przekąskach. Cały dom tylko dla nas... Każdy dzień wolności przynosi ulgę, ale też przypomina o wszystkim tym, co jest w zasięgu wzroku, ale na wyciągnięcie ręki już nie. Dziś tylko powrót do rzeczywistości, trochę słodkości z Biedronki i kupienie ostatniej części stroju ślubnego '74 - spodni.

Doczekałam się tego, na co czekałam cały weekend - dostałam odpowiedź na jedno z wysłanych CV! Nic wielkiego, prośba o przysłanie próbki tłumaczenia, ale i tak bardzo się cieszę. Teraz pewnie trzeba będzie poczekać znacznie dłużej(albo w nieskończoność). Może to i lepiej, bo zdążę przygotować się do egzaminu z gramatyki j. szwedzkiego i dokończę chociaż jedną naszywkę.

Chciałabym, żeby los się wreszcie odmienił. Boję się przyszłości. Boję się, że nie odnajdę się w żadnym zawodzie, że nie będę mogła dokładać się do naszego domowego budżetu, że czeka mnie nijaka egzystencja albo gorzej - jeszcze większy kryzys w portfelu niż obecnie. Strach przed skończeniem jako kolejny lokator kartonowych pudeł pod mostem, strach przed biedą i bezrobociem, strach przed światem.

Hm, jak będę tylko siedzieć i przeżywać, to na pewno nie będzie lepiej. Miałam dziś zacząć w swoim życiu akcję "Dzień bez wysłanego CV to dzień stracony", ale skoro dostałam odpowiedź na jednego z maili to dam sobie kilka dni bez szukania dodatkowego zajęcia. Potem CV zacznę roznosić osobiście...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz